czwartek, 23 lutego 2012

znajomi nieznajomi.

jest ich wielu. przyrastają w tempie geometrycznym. nigdy nie jestem przekonana, czy imię, które im przypisuję, jeśli w ogóle przypisuję im jakiekolwiek imię, jest tym, które im nadali rodzice (bo nie powiem prawdziwym, skoro tak często rodzice się mylą i złe człowiekowi nadają imię, które potem nijak do istoty, którą nazywa, nie przystaje). niektórych dodam do przyjaciół, nie zaszkodzi wiedzieć, jaka piosenka ich danego dnia kręci czy tam, że mają urodziny. niektórych po pół roku widywania widywać przestanę i tylko czasem ich twarz przemknie mi przez myśl.

niektórzy natomiast poddadzą mnie konieczności przyswojenia siebie jako bardziej zindywidualizowanych podmiotów. uczynią zwierzenie tak dziwne, że aż zapamiętane. rozpoczną rozmowę tak nietypową i tak pełną interakcji, że nie zachowam się zachowawczo. nadal nie zapamiętam ich imion, ale zacznę mieć miejsco-skojarzenia.

i to wszystko jest w porządku - czytane dosłownie - wpisuje się w porządek rzeczy. tak jest. jednak czasem po długich godzinach spędzonych wśród takich znajomych nieznajomych, z którymi trzyma się odpowiedni dystans - fizyczny, psychiczny, zwierzeniowy, narzekaniowy - jest się tak zmęczonym tą nieznajomością, że właściwie to chcesz tylko tyle, żeby móc się przytulić do kogoś, kto wie ile śpisz, a nie co sądzisz na temat "Krytyki politycznej" i "Literatury na świecie", kto ogarnia co jest niewymienialnym napojem do śniadania, a nie, że tekst twoim zdaniem argumentacja Dovida Kotza jest oparta na naciąganych zestawieniach, kto wie, że masz sanki w pokoju, a nie, że zawsze masz przy sobie kartkę, na której można zrobić listę i długopis, który możesz pożyczyć. 

ale oni nacierają. oni zawsze mają czas - przerwy z dnia zajęć dają półtorej godziny. oni zawsze mają siłę, bo to znajomi nieznajomi, myślą, że rozmowa jest znakiem sympatii czy szacunku. i im silniej czujesz ich obecność tym bardziej chcesz uciec. a jeśli ci się uda, to już naprawdę nie masz siły mówić. po tych godzinach budowania mikronarracji, hiperuprzejmychstruktur - nie masz siły. i nie masz też czasu. ale za to ilu masz przyjaciół.  

poniedziałek, 20 lutego 2012

raz się kulę, raz się wożę.

wiesnę niesę w onuce,
w śniegu się pławam
i rozrywa mie życie,
i świat mie zabawia
i gwizdam z rękoma poza,
i nucę melodie skoczne

a co najbardziej uroczne,
mylę wersy leśmiana -

i zamiast się pytać rozpacznie
o świata innego istnienie
se kojarzem opacznie:
optymizm - onieleśmienie

'do pracy!'

poniedziałek, 13 lutego 2012

stan wewnętrzny.

był taki film. jest to aluzja do mojej nie-zgody na teatr, ale zgody na granie. przy czym pretekst do opowiedzenia epifanii, powielonej epifanii. zbyt wewnętrznej, aby epifanią się stała.

zatem kiedyś napisałam komuś, że dla mnie to wir daje możliwość działania, bez wiru nie mogę myśleć. sprawdzam się. ledwo się zaczęło i już wrażenia. 

zbieg sytuacyjny. kiedyś zapisałam pod wrażeniem epizodu, który umknął bohaterowi historii coś takiego:


"Zbyt pewnie odpowiedziałam. od razu wyczułam, że naruszyłam granice między jego dostojeństwem a ma nędzną osobą. Nie dał po sobie poznać zaskoczenia moją hardością, co tylko ugruntowało jego wyższość. Aby odpokutować swój występek przeciwko hierarchi uklękłam, udając, że podnoszę z podłogi śmiecia. Uczyniłam scenę symbolem, oddałam mu hołd, cześć. Zwróciłam honor i błagałam o przebaczenie mego niepoważnego momentu siły, przekutej teraz w słabość. A on łaskawie ominął mnie, klęczącą u jego stóp, zachowując swą prostą posturę i twarz bez miny. Przyjął ukorzenie i w swej łaskawości nie chciał więcej. Kara musi być bowiem proporcjonalna do winy. A wina moja choć wielka - nie była efektem błędu w myśleniu, lecz tylko chwila uniesienia, poddaniu się emocjom, momentem wiary we własną wartość. Okazując skruchę- zyskałam wybaczenie. Wybaczając mi – pokazał swą wyższość. Mogliśmy wrócić do normalności. Poszłam zmywać."

W czasie początków lata zeszłego roku, jadąc 105, miałam z kolei poczucie bycia CS, panem i władcą w centrum świata, ale o tym to żem pisała niegdyś. 

Jeszcze innego dnia ktoś zwrócił mi uwagę na to, że przyjmuję formę męskoosobową, kiedy piszę. Ktoś inny rzekł na to, że uznaje się ją za bardziej uniwersalną.

Dziś zaprzeczam i uzupełniam. Że CS ma swój żeński odpowiednik i właśnie nią dziś byłam. Że kiedy natknęłam się na zagubienie, na skrajne zmieszanie, na potrzebę przerwy u osoby, która powinna stanowić autorytet - mogłam nawet temu dać wyraz. Opuszczając wzrok nie wstydziłam się za nią. Raczej wydałam wyrok zaoszczędzenia wstydu. Niech zna moją łaskę. 

Charakteryzując zatem tę żeńskoosobową odmianę poczucia bycia CS - czyli bycia GS bez G., powiedziałabym - godność. Pogarda. Wyniosłość. A zarazem takie to mi obce, że aż cieszy, kiedy się pojawia. Tak sobie myślę, że nieco mi się poprzewracało. 

a przy tym wszystkim tyle czułości. i przeciwieństw wspomnianych cech. we mnie. taki jest właśnie ten stan wewnętrzny. 

wtorek, 7 lutego 2012

odtwórczo.

'You make me feel a little older
like a full grown woman might
but when You're gone I grow colder 
come to me again in the cold, cold night'.