wtorek, 28 czerwca 2011

the last night on the Chilly Street.

Wpierw lektura: 

1. 'tymczasem towarzyszaące im panie, jako że każda z nich, wzorem swojej płci, doskonale potrafiła mobilizować męską konwersację bez konieczności przysłuchiwania się jej...' - to jest o tym, co myślałam, gdy p. prof. dr hab Agata Bielik-Robson nie pojawiła się na panelu dyskusyjnym. Myślałam wówczas - gdyby była ci chłopcy mówiliby piękniej, byliby bardziej elokwentni - jej obecność wzniosłaby ich na wyżyny inteligenckiego flowu. 

2. 'w dziewczynie nie znajdziesz oparcia - próżno tam szukać choćby krztyny stabilności, trwałości, spełnienia'. Komentarz zbędny. 

3. '...i właśnie doszła do przykrego wniosku, że chce mieć zupełnie inną twarz, tymczasem nie było na to praktycznie żadnych szans' - mój codzienny wniosek. I pokrycie w pop kulturze - 'every day i have a war against the mirror cos' i can't stand the person staring back at me'. 

4. 'tymczasem wasi artyści, kiedy zastaną bałagan, co robią? Wzruszają ramionami, odwracając się do swoich wizji - które z pewnością bywaja piękne, nie przeczę - i zostawiają po sobie ten sam bałagan, nietknięty' - dlaczego ISM - a nie cokolwiek innego - just wrodzona pedanteria. 'ludzie, których naprawde obchodzi sztuka, zawsze są nią najmniej dotknięci' - odnośnie biegania po muzeach i zabaw telefonem na koncertach wszelkiej maści. 

5. 'moim zdaniem, to własnie jest wielki błąd, który popełniają młodzi ludzie: nie pozwalają sobie na odczuwanie szczęścia' - obalamy. 

6. 'dzieci nie wiedzą, czym jest szczęście. (...) Nigdy nie zaznałem tyle cierpienia co w dzieciństwie. Dzieci nigdy nie zapominają niesprawiedliwości' - trafne i pokrywa się z teorią symptomów depresji u dzieci poniżej trzeciego roku życia. Także badajcie to, wielcy badacze. 

7. 'pomyśleć tylko, w jakich czasach żyjemy, ile mamy możliwości, ile perspektyw, jakie mnóstwo fascynujących zajęć, które dają radość - dlaczego człowiek żyje tylko raz, a nie dziesięć?' - i o co taki szum wokół Z. Baumana?

8. '...- wszystko wskazuje na to, że trzeba się z tym pogodzić. - Z czym? - Że na całym świecie nigdy nie będzie więcej niż pięć osób, z którymi warto porozmawiać. ' - mam niesamowite szczęście <3

9. I ostatni - perełka: 'czy to ma być początek miłość - chęć dokończenia rozmowy?'. 

+ Także... Toruń. Tak jakby nieco w tym moim mieście stałam się... Incognito? Żart sytuacyjny. I 'nie tracę zmysłów, kiedy Cię zobaczę'.  

+ Także... Gdyńsk, Lama Glama, Lama Alpaca, Love of My Life and The Husband. So good to see You in HD. Jak będę bogata kupię Wam Szopa. 

+ Także Warszawa - tudzież obrzeża - i tak dobra rozmowa, bo będę się upierać przy tym, że była to rozmowa, że odnoszę do punktu 8. dodając +1. 

Także - tydzień - 3 miasta w tym Trójmiasto - 3 Kluby -  no wiecie - G- - -luby. 

A teraz, to jest ten moment - ostatnia noc na Chłodnej. Podsumowałabym tak, że znów kończę pijąc marną kawę sypaną, że przespałam kolejny rok życia we śpiworze, że chyba nieźle sobie poradziłam z rzeczami w stylu pranie, zakupy i ogólne ogarnianie codzienności - a Proszę Państwa, to nie jest wszystko takie oczywiste. 

Podsumowałabym tak - Warszawo, żadnej krzywdy żeś mi przez rok nie uczyniła. 
Podsumowałabym tak - paradoksalnie, to kolejny najlepszy rok mojego życia (tak, tak, miałam liczyć od 24.05...) 

I zapominając o momentach tak koszmarnej samotności, że nic tylko zawrócić do domu, pomijając te parokrotne wybuchy rozpaczy, omijając momenty bezsilności i bycia w Abgrundzie - 'big city life' made my year, absolutnych Otchłani nie zaliczyłam, it's okey, it's okey. 

Także - the last chill out on the Chilly Street.

piątek, 24 czerwca 2011

koń by się uśmiał - notka z dedykacją?

Fabularnie: 

Także opowiem Państwu prawdziwą, straszną historię. Chciałam wrócić do domu. Nie wiem w sumie dokładnie sama co to oznacza, bo mój dom to miejsce przechodnie, którego umiejscowienia na mapie sama nie jestem w stanie wskazać, jest gdzieś między stolicą a Toruniem, między sercem a głową, między przyjaciółmi a pożądaniami - także jestem wrodzenie postkolonialna. W każdym razie - próbowałam do niego trafić. Przerzuciłam mój życiowy bagaż materialny, 76 kilo, na T. Mieszkaniowy, spakowałam resztę książek, bo to moje główne obciążenie i stwierdziłam - czas wracać.

Dworzec Warszawa Centralna. Uprzejmie, jak to PKP, poinformowali mnie, że brak 'napięcia', że pociągi nie jeżdżą, że 'nie sprzedam pani biletu, bo skąd ja mam wiedzieć, czy pociąg pojedzie' (nadzwyczaj, jak na PKP, racjonalne podejście). No to na Zachodnią. Bez bagażu, ogarnąć się, spotkać się, zorientować się - 'nie sprzedam pani biletu, tylko u kierowcy'. A pociąg z moim spotkaniem stoi we Włochach i nie rusza. A ja zagubiona, na tym nader śmierdzącym dworcu, okropnie zagubiona, myślę 'miasto moloch, nie chce mnie puścić'. Ale nie dam się - wracam - biorę bagaże, 157, przesiadka - 517 wypchane jak wagony towarowe, które woziły węgiel po II wojnie światowej ze Śląska do ZSRR. Prawie płaczę, bo ja jestem człowiek z prowincji i mnie takie zezwierzęcenie międzyludzkie przerasta emocjonalnie. Ale dobijam, niczym ten biały żagiel w białym szkwale, na wymarzony Zachód ('the west is the best') i co?! 'Dwa bilety studenckie to Torunia, kto chce!'. I wbijamy, i pełnia szczęścia, i myśl - dom?! I ten entuzjazm, który z każdą kolejną minutą w PKSie opadał. I ta baba, jak to powiadopisał Białoszewski - 'Elusia! Kupisz mnie podpasky?!' - bo ja się naturalizmu boję i zawsze przeżywam takie bezpardonowe uzewnętrznianie się. I ten płacz, gdy wysiadłam, głodna, brudna, zmęczona - i już stęskniona za Warszawą. 

Abstrakcyjnie: 

Dobra, powagi trochę, tu się zaczyna robić zbyt fabularnie. To nie epifanie, to ma być abstrakcja, comciam i ogólnie wyploty. Także wróciłam. Teraz co tam głowa.

'Pragnienie bez zaspokojenia, które właśnie zakłada oddalenie, inność i zewnętrzność Innego'. 'Mowa utrzymuje dystans między mną a Innym - radykalną separację, która nie pozwala odtworzyć całości i której wymaga transcendencja - nie może więc przekreślić egoizmu istnienia, ale sam fakt prowadzenia rozmowy świadczy o tym, że przyznaje Innemu prawo ponad tym egoizmem i właśnie w ten sposób usprawiedliwiam samego siebie'. 'Dobroć (...) która jest celem rozmowy...'. 
 
Także, kiedy odbieram prawo jazdy i uśmiecham się do tej kobiety po drugiej stronie szybki, i jestem dla niej Najuprzejmiejszą Dziewczynką na Globie, kiedy jestem idealnie ułożoną klientką w Metropolis, uśmiechając się do pani Karoliny z Ogródka, która ma ciężki dzień - to jest komunikacja twarz-twarz, żeby było nam wszystkim z sobą na świecie lepiej. Ale kiedy z uprzejmości wchodzimy w rozmowę - wszystko to con (to po hiszpański 'z', istotne dla gry słownej) tact, con-takt i w ogóle z wyczuciem siebie - to inne historie. Bo mamy ten ludzki odruch stawiania się obok/nad/pod ludzkością. Ja - reszta gatunku. I wtedy nam tak samotnie/lepiej/gorzej, w każdym razie - osobno. I pada pytanie, gdzie tu wartość. Czy w tej osobności wsobności, czy w tych prześwitach komunikacji. I ta moja naiwna wiara w ludzką duszę, w rozmowę i wspólnotę uczuć. Że możemy się dogadać. Niezachwiana, nawet w obliczu 'Elusia, kupisz mnie...' i nawet kiedy 'Nie ma problemu'. Wzniosłość.

Także ostatnia sprawa, skończyć z impetem - psychotest. Gdyby tak sprawdzić kiedy się zawierało, a kiedy się zawiera najlepsze przyjaźnie, można by udowodnić/obalić hipotezę o coraz to wcześniejszym wieku stawania się zamkniętym na con-tact. 

A moje życiesnem - mniej surrealistyczne od spotkania dziś na Szerokiej człowieka z Warszawy. BTW - miałam sen. Najuroczszy sen od niepamiętnych dni, mając z tyłu głowy (kogo kryptocytuję?), że długo nie śniłam. W każdym razie sen z wtorku na środę, byłam nieszczęśliwa się budząc. I również - ciekawostka psychologiczna - ból dłoni po wożeniu dobytku objawił się śnieniem o wypadku autobusowym i wbitych w nie (dło-nie) odłamkach. I, żeby przypadkiem nic wprost: 'we śnie jesteś moja i pierwsza, we śnie jestem pierwszy dla ciebie, we śnie (...) po... (...) i mądra jak sowa, a ja jestem przy tobie jak światło'. 

I, aby nie złamać obietnicy dobrowolnej, coś o koniach... i-haaa? Optowałabym jednak za przejażdżką słonną, i-HaHa (iŚmiech) - także dedykacja!

wtorek, 14 czerwca 2011

na przyszłość, gdybym jednak trafiła kiedyś do psychoanalityka

Wstałam o piątej trzydzieści, stwierdziłam, że idę po śniadanie, wyszłam, okazało się, że o tej godzinie sklepy są zamknięte, więc zrobiłam półgodzinny spacer po Mirowie, to prawie jak Mironowie, wróciłam.

Wyszłam i byłam szczęśliwa, zadowolona z rzeczywistości, słuchałam the kooks, chociaż ja też ich nie lubię w sumie, ale mają w sobie coś takiego naiwnego, także dobrze się do nich idzie w nastroju zaufania do losu, i śpiewałam pod nosem, pomyliłam autobusy, a to robię, gdy jestem czymś wielce zaabsorbowana, dojechałam jednak do celu, nadal w tempie żwawym, z rezonem i ogólnie entuzjazmem, chociaż miałam inne słowo. 

Na miejscu nie dość, że nie wiedziałam gdzie się podziać to było mi wstyd (i've always been good kid, it's time to stop, just drop it, just leave it, stop, let, go powiedziane tonem rytmicznym i pełnym przekonania trzydzieści razy na trasie norblin - chłodna o piątej parę dni temu).

Następnie ominę kluczowy moment, ponieważ polegał on na moim głębokim rozkminianiu niemalże cały czas o co mi właściwie chodzi - bezwnioskowo.

Potem rozkminianie wewnętrze zmieniło się w rozkminianie zewnętrzne.

Tak, zgadza się, jestem coraz niżej w skali samopoczucia.

Kryzys. Przesłanki bardzo racjonalne emocjonalne. Reakcja zbyt emocjonalna wewnętrznie. 

Autobus. Wytrzymałam dwa przystanki. Stwierdziłam, że albo zaraz złamie sobie rękę, albo będę po prostu iść. Tamka - ale prawą stroną - Świętokrzyska w ryk - ale lewą stroną, przez Świętokrzyską na przełaj już bez ryku, Emili Plater, odkrycie koszernego falafla - vide zdziwy /das ist link/ i chwilowe polepszenie kondycji psychicznej przez natknięcie się na hsm i tym samym potwierdzenie własnej marności.

I myśl - pójdę spać. Po prostu pójdę spać i nie będę myśleć. "Pomyślę o tym jutro" i pojutrze, i każdego kolejnego dnia. O tym, jak  różnie się zachowuje i dlaczego nie umiem zachowywać się tak jakbym chciała przy 'poniektórych'. O tym, jaka jestem nieszczęśliwa z powodu bycia asią, a nie pe. O tym, jak to nie umiem znaleźć od dzieciństwa, haha, bez disneya nie ma dzieciństwa, także od młodych lat, złotego środka. Jak się łatwo uzależniam. I wiązanka innych samostękań. 

Także dziś pora na sen. 

piątek, 10 czerwca 2011

szukam znaku na klawiaturze...

 ...który składałby się z połowy nawiasu uśmiechniętego i połowy smutnego. Takiego jak rzekomo gotyckie s, które bardziej przypomina f. Czegoś w rodzaju krzywoustego grymasu (... ślad).

Jestem od dwóch dni ucieleśnieniem only the one that hurts you can make you feel better. Cause the better should feel - the worse it feels (indeed). 

I z zawinięcia się działania i podejmowanie prób nagle spojrzałam do góry - patrzę, leże taka okutana w dywan aktywności i nadal mam ręce związane impulsami zewnętrznymi. Trochę pokrętna metafora. W każdym razie nadal to samo wałkuję, że moje lines and borders to dobra komplementarne w stosunku do czynności osób ode mnie niezależnych. Także up's - i'm down. 

Bo nadal, najwyższą prawdą jest fakt, że człowiek to istota społeczna a ja ecce homo i nic co ludzkie nie jest mi obce

don't like me. just want the attention. 

[edit] Jestem emocjonalnie na przełomie lat 2005/2006. I jest to o tyle przygnębiające, że, chociaż oczywiście nie powinno się porównywać, to patrząc na innych w 90% widzę progres. A u mnie cyrkulacja. Także pozdrawiam wszystkich współtowarzyszy tamtego okresu w moim życiu. [/edit] 
 

poniedziałek, 6 czerwca 2011

abstrakcja.

oderwę się na chwilę od siebie, choć na moment koniec z egotyzmem:

kontynuując wątek epifanii: o chorowaniu. choroba! most łączący Woolf i Prousta. snobizm. jestem snobką i wątek przewodni w poszukiwaniu straconego czasu. woda, morze - w cieniu zakwitających dziewcząt /tytuł tysiąclecia/ i the waves oraz to the lighthouse - tak, moi państwo. Porówywanie i jego, i jej do Cézanna. Fragment z wiadomością o samobójstwie w czasie wybierania się Guermantesów na bal przebierańców (wystarczy myśl, że ona ma na imię Oriana i klęczę mentalnie) a śmierć Septimusa Warrena Smitha w Mrs Dalloway. Streszczenie w stylu 'chłopiec zjada ciastko i zostaje pisarzem' a streszczenie 'Klarysa Dalloway wydaje przyjęcie. Septimus Warren Smith popełnia samobójstwo'. Ale to wszystko nic, to są drobiazgi, każdym geniuszom mogło się zdarzyć. Ale...

Ale, przyjmując hipotezę Wiesława (jak można nie przyjać hipotezy gościa o imieniu Wiesław - vide Dobrzyc) - Mrs Dalloway jako książka o tworzeniu dzieła sztuki: wysnucie paraleli między tworzeniem dzieła a przygotowaniem przyjęcia - to co się dzieje? Okazuje się, że można by zestawić w poszukiwaniu straconego czasu - jako dzieło o stawaniu się artystą i wybawieniu, jakie przynosi sztuka z mrs dalloway jako wskazówką innej drogi dojścia do aktu kreacji.  Ale to nic, to jest pół zabawy (marne wysiłki wzbudzenia w kimkolwiek napięcia, tak, wiem, nikt się tym nie jara) - ale dochodzisz do informacji, że Woolf nie lubiła Klaryssy jako postaci. I myślisz - aha, alles klar - ona widzi tę drugą drogę (z założenia i historycznie bardziej kobiecą/typową dla kobiet) jednak sama zostaje przy drodze Prousta. Ale jednocześnie pokazuje i uzasadnia prawomocność alternatywnej. I to, moi państwo, jest po tysiąckroć bardziej feministyczne niż room on one's own czy three guienneas.

A wracając do siebie - miałam dziś nawrót uczucia z czasów gimnazjalnych, które nawiedzało mnie, gdy słyszałam Jolene (ok. 5:18), potem koszmar, potem pobudkę pod wpływem nieznanych czynników a teraz znalazłam Cesare Borgia (kto by pomyślał, że był pierwowzorem Księcia - "wielce kontrowersyjna analogia")... Żyję.