piątek, 19 listopada 2010

notka z the dykcją. akcją.

cytaty i reinterpretacje.

question: 'do i feel lucky?' 'well, do ya,  punk?'
answer: 'I want You to hit me as hard as You can.'
reason: 'a imię jej czterdzieści i cztery

key number. mission impossible. never ending why. 'niemożność'.

bo jak wiele mogę zdziałać w oparciu o to, że chcę, że mnie uprzejmość rozpiera i że staje się niczym 'Deptuła, czyli optymizm'. wczoraj pół-idąc, a propos, dowcip, pół-podskakując, pół-pomyślałam, pół-poczułam: 'jestem człowiekiem...' i pół-dodałam tam jakąś przydawkę. 'myślącym'. 'czującym'. ale nie, (tutaj jakaś gadka w stylu 'bratku'), nie ma, przydawki już nie poczułam. i zatrzymałam uczuciomyśl na 'jestem człowiekiem'. brzmi prawie jak 'myślę, więc jestem'. albo jak 'tabula rasa' - tylko odwrócone akcenty. gdyby nazwać to wierszem byłby trochej i amfibrach zamiast amfibrach - trochej, chociaż zapewne łaciny się stopy nie imają. 

i jeszcze to przekonanie o wstręcie do pracy, w celu której wykonywania teoretycznie studiuje (codzienny widok ministerstw i dwadzieścia stron Maxa (!) Webera może wiele zdziałać, w przeciwieństwie do rozpierającej uprzejmości i optymizmu). Moc sprawcza.

i cytat dla the dykcji: 'jak to się robi w...?!' 'nic nie rób'. 

środa, 10 listopada 2010

przypadek.

jeden z filmów, których nie widziałam, których wyobrażenie mam tak dokładne, że nawet obejrzenie nie dałoby rady go zmienić. for what to watch it then. ale jak się ima film, którego nie widziałam, do tego snucia życiowych historii tu i teraz. ano takto.

czwartek - sobota - środa. tramwaj - pociąg - autobus.

mamy więc triadę przypadków nieprzypadków listopadowych, jak dobrze, że skończyłam paździenik, w zależności od interpretacji. pkp nadal przerwa techniczna, twardo odświeżam. z czego co każdy kolejny jeden znieprawdopodobniony. historie bez puenty. puenty są nieżyciowe. ponoć pisarze myślą kartkami. gdybym miała się nie zgodzić, to powiedziałabym, że myślą koncepcjami. koncepcje są ponadkartkowe. nieskartkowane.a gdybym miała powiedzieć, czego mi brakuje, to możliwości poszukiwania straconego czasu. i koncertu fortepianowego.

półtorej godziny później, po tym, gdy posprzątałam kuchnię i łazienkę (dlaczego nie łazienkę i kuchnię? zawsze kuchnię i łazienkę). dziwna pora jak dla mnie na takie zajęcia. do rzeczy.

czuję się tak, jakbym miała dane do jakiegoś zadania, którego treści nie znam. jak się ima czwartek do soboty, a ta z kolei do środy? jak się ima tramwaj do pociągu, tudzież autobusu? jak się ima moje nagłe zwątpienie w true love, co do którego pisowni jestem tak skołowana, że już lepiej niech będzie t-l, do mnie jako mnie. to był od dawna pewnik. piorun, błyskawica i na całe życie. a teraz? najpierw sobie wymyślam, że żadnych nieszczęśliwych miłości, potem, że t-l to byzydyura (kto pamięta z jakiej to piosenki, ha!).

widzisz. panta rhei. a ja nadal z niej nie wyszłam? nie, po prostu do tej pory szłam pod prąd, a teraz spływam górnym biegiem i napataczam się na to. i owo.


ta notka, jak to się stało z poprzednią, zniknie stąd, kiedy tylko przestanie mnie dziwić przypadek środowy.